niedziela, 15 lipca 2012

,,Śmierć jest jedną,wielką niewiadomą" Rozdział 5

Gdy się obudziłam, znów o mało nie zemdlałam. Muszę to komuś powiedzieć, bo może to być coś poważnego ale raczej  nie. Ubrałam się , zjadłam śniadanie i wyszłam. Przemek już stał pod bramą, gdyż wiedział o której wyjdę.
-Hej moje piękno.
-Hej Przemek.- I pocałowałam go w policzek.
-Jak tam ci się spało?
-A nawet, nawet. A tobie?
-Źle i  znasz powód.
-Cieszę się.
-O której tam będziecie szły na pizze?
-A jeszcze nie wiem. A wy ?
-A jakoś po 20. Kochanie..
-Tak?
-Przyjdziesz jeszcze do mnie dzisiaj?
-Może..
-No weź proszę cię. Nie upieraj się. 
-Zobaczymy.-I poszliśmy  do szkoły. Przed szkołą oddzieliliśmy się i poszliśmy własnymi ścieżkami.Ja wpadłam jeszcze do Dominiki ustalić szczegóły pójścia na tą pizze.
-Hej Misia.Co tam u Ciebie?
-Hej Ala.A myślę w jakie ciuchy ubrać się na pizze bo nie wiem.
-Ale problem. No zwykłe jakieś. Przecież to nie koniec świata.
-Jasne, Tobie to tam obojętnie.
-Oj tam, nie przeżywaj.
-Dobra, To o której idziemy?
-O 20 ileś ?
-Ok.
-Dobra lecę do szkoły.Pa.
-Pa.
   I musiałam jak zwykle pośpieszyć się  gdyż zostało do dzwonka 5 minut , a nie chciałam stać w korkach.
Idę patrzeć na plan lekcji i mam pierwsze...Chemię. Ale głupio choć minęło tyle miesięcy nadal nie znałam planu lekcji swojego. I zaczyna się lekcja, wchodzimy do klasy i się rozgaszczamy.
-Dzień dobry.-Mówi Pani.
Ledwo jej odpowiadamy bo jej nie lubimy.-Dzień dobry.
Nagle czuję że zaraz się przewrócę z krzesła i nie mogę nic zrobić.Wszyscy w krzyk lecą do mnie. Tylko tyle z tego pamiętam...
Budzę się w łóżku  które nie jest moje, ściany są białe a obok też są jakieś łóżka tyle że..puste. Chcę wstać, nagle czuję duży ból w sercu , jakby nawet paraliż. I przestało.Obok siebie widzę kwiaty, które są śliczne. JEZU,CZY JA DO CHOLERY JESTEM W SZPITALU?!?! Najwidoczniej tak gdyż widzę za szybą lekarzy i pacjentów. Po chwili wchodzi do mnie lekarz  z pielęgniarkom.
-Dzień dobry pani...-Patrzy na kartę.-Alicjo.
-Dzień dobry doktorze-Ledwo to powiedziałam.-Co ja tu robię?
-Miałaś osłabienia, które są powodowane.. Jeszcze nie wiemy czemu tak jest.-I delikatnie się uśmiechnął.
-Czy jest ktoś z mojej rodziny?
-Tak na korytarzu jest twoja mama i tato.Zawołaj ich.-Powiedział do pielęgniarki.
-Tak jest doktorze.-I poszła.Po 10 sekundach była już z moimi rodzicami.
-Mamo..Tato..-Ledwo powiedziałam.
-Alusiu,czemu nic nam nie powiedziałaś?
-Myślałam,że to normalne.
-Panie doktorze , co jej jest? -Spytał się tato.
-Na razie jeszcze nie wiemy , ale możliwe że jest to... Nie będziemy mówić tego czego nie jesteśmy pewni. Pójdzie na oświetlenia głowy i ciała więc dowiemy się.
-Dobrze, zgadzamy się. -Powiedziała mama.
-Więc ja już nie będę przeszkadzać państwu. Do widzenia.
-Do widzenia.
 -Mamo co się stało przecież miałam lekcje chemii i pamiętam że nie mogłam nic zrobić.Co się później stało?
-Pani chemiczka zadzwoniła po karetkę, ponieważ nie reagowałaś na nic. I później jak trafiłaś tutaj to zadzwonili do nas że osłabłaś.
-Jezu.Ale czemu to się dzieje?
-Nie wiemy kochanie.Gdy pójdziesz na oświetlenia dowiemy się wszystkiego.
-No dobrze.
-Przepraszam państwa, ale córka państwa musi odpoczywać i zalecała bym wyjście.
-Dobrze już wychodzimy.Pa Alu.-I pocałowała mnie w czoło.
-Pa mamo,tato.-I wyszli, zostałam sama.
Posłuchałam się pielęgniarki i poszłam spać.